TEST – Kronzilla VA680

The 60 Watt KR Kronzilla VA680 with the Lundhal transformer application outperforms at 60 Watts the regular 50 Watt output power of the current Kronzilla production.” – Tyle powiedziała mi Eunice Kron, kiedy zapytałem ją o nowy, pokazany po raz pierwszy na wystawie High End 2013 w Monachium, wzmacniacz z charakterystycznymi, krwistoczerwonymi elementami wykończenia. Niewiele to, choć ukierunkowuje ewentualne poszukiwania. Tak naprawdę w mailu, który otrzymałem od Eunice napisane było „SX680”, a nie „VA680”, ale zakładam, że szefowa KR Audio Electronics pomyliła się, myśląc o pierwszym wzmacniaczu z lampami T- 1610, wprowadzonym do sprzedaży w kwietniu 2005 roku modelu SX, którego moc wyjściowa wynosiła właśnie 50 W na kanał, z pojedynczej lampy w układzie single-ended. To nie jest pierwszy test wzmacniacza z Pragi, jaki państwo zapewne czytają, nie ma więc potrzeby pisać elaboratu o tym, jak to samodzielnie wykonuje swoje lampy w wykupionej części fabryki lamp Tesla, że ich lampa T-1610 jest prawdopodobnie największą, stosowaną w audio lampą próżniową i że firmę prowadzi, po śmierci męża, Eunice Kron, przybyła nad Dunaj Włoszka. Wystarczy też rzut oka na Kronzillę, aby zapamiętać na zawsze jej nietypowy wygląd. Ponieważ zaś „identity” w każdej branży jest na wagę złota, KR Audio od razu ustawia się w ten sposób w czołówce peletonu.

Dzisiaj w ofercie KR Audio znajdziemy zarówno wzmacniacze zintegrowane, przedwzmacniacze, jak i wzmacniacze mocy. I oczywiście lampy. Testowana przez nas Kronzilla VA680 jest najnowszym dodatkiem do jej oferty – w czasie testu nie była nawet ujęta na stronie internetowej producenta. To ważąca 50 kg, hybrydowa końcówka mocy, z wejściem na tranzystorach
MOSFET oraz wyjściem na, już przywołanych, triodach T-1610 (firma podaje też jej nazwę w formie: KRT1610), z których udało się wyciągnąć 60 W na kanał. Wzmacniacz ma budowę
niezbalansowaną, bez globalnego sprzężenia zwrotnego, z pojedynczą triodą mocy na końcu. Jego wygląd jest dla tej firmy niezwykle charakterystyczny i dzielony z poprzednimi
Kronzillami. Główna bryła jest bardzo niska. Na górnej ściance, patrząc od przodu, mamy dwie ogromne lampy, a za nimi transformatory wyjściowe, każdy we własnej, ekranującej
obudowie. Od góry przykręcono do nich radiatory, pozwalające wytracać ciepło. Radiatory pomalowano na krwistoczerwony kolor, podobnie jak radiatory tworzące ścianki boczne urządzenia.
Kolor nadaje całemu wzmacniaczowi szczególnego wyglądu. Mojemu synowi, który kocha lampy McIntosha bardzo się spodobał. Za transformatorami wyjściowymi umieszczono jedną,
   ale większą, obudowę z zasilaczem. Z tyłu wycięto w niej otwory, przez które tłoczone jest z wewnątrz powietrze – jego obieg wymuszany jest przez wiatraczek. Trzeba powiedzieć, że trochę go
słychać, szczególnie jeśli siedzimy blisko urządzenia. W Soulution 710, z którego korzystam na co dzień, także jest wiatraczek, ale znacznie cichszy.
Na tylnej ściance mamy wejścia liniowe, wyjścia głośnikowe orazgniazdo sieciowe IEC z mechanicznym wyłącznikiem. Wejścia
liniowe są dwa – zbalansowane XLR oraz niezbalansowane RCA. Jak mówiłem, wzmacniacz ma budowę niezbalansowaną. Zaraz za gniazdami XLR umieszczono więc układ desymetryzujący.
Gniazda głośnikowe to klasyczne, złocone WBT, po jednej parze na kanał, z wyjściem zoptymalizowanym dla jednego z dwóch obciążeń – 4 lub 8 Ω. Wybraną impedancję zmieniamy złoconą
zworą, ukrytą pod klapką na tylnej ściance. Lampa T-1610 to opracowanie autorskie KR Audio. To bezpośrednio żarzona trioda o potężnej mocy i napięciu zasilania
400 V. Jej wymiary są imponujące – wysokość: 310 mm i średnica fi: 85 mm. Każdy z czterech pinów ma średnicę mojego kciuka.
Układy elektryczne zmontowano na kilku niewielkich płytkach drukowanych. Tor sygnału wygląda bardzo prosto, a większość miejsca zajmują układy związane z zasilaniem. Teraz widać, po co
są radiatory tworzące boki – przykręcono do nich prostowniki i tranzystor stabilizujący napięcie, najwyraźniej dla układów żarzenia. Okazuje się, że na wejściu nie ma transformatorów
Lundhala, a układ aktywny, na dwóch układach scalonych TL072 na kanał. Zmontowano go na małej płytce drukowanej przy wejściach. Następnie sygnał prowadzony jest kabelkami
ekranowanymi do dużej płytki z tranzystorem wejściowym i dwoma, równoległymi tranzystorami sterującymi typu MOSFET IXTP08N100D2. Sprzęgnięcie między półprzewodnikami i
lampami zapewniają duże kondensatory Wima.

Mini-wywiad z …
Eunice Kron, szefowa KR Audio & Mark Gencev, główny inżynier
Wojciech Pacuła: Proszę mi powiedzieć, czym dokładnie
VA680 różni się, dla przykładu, od modelu SX, pomijając moc
wyjściową.


Eunice Kron: Kronzilla VA680 jest wzmacniaczem z całkowicie nowymi rozwiązaniami technicznymi, w tym nową płytką wzmacniacza wstępnego. Szkoda, że nie masz u siebie
wzmacniacza Kronzilla, który kiedyś testowałeś, żeby porównać je ze sobą bezpośrednio. Jeden z inżynierów dźwięku z Danii powiedział, że nowy wzmacniacz jest lepszy niż, wielokrotnie
nagradzana, 50-watowa, starsza wersja.

Kto konkretnie zaprojektował VA680?
Nowa Kronzilla VA680 została zaprojektowana przez Marka Genceva, w oparciu o transformatory Lundahla, których aplikacja pozwoliła uzyskać moc wyjściową 60 W. Marek był młodym
człowiekiem, którego mój mąż wybrał jako swojego ucznia i zatrudnił w KR. To on, od 2002 roku, stoi za poprawkami w lampach i to on zaprojektował Kronzille z serii „X”, a także model
VA680, który masz w teście. Według mnie marek Gencev jest najlepszym inżynierem, specjalistą od techniki lampowej w Europie.

Marku, powiedz proszę, dlaczego wybrałeś rozwiązanie, w którym to tranzystory napędzają lampy wyjściowe, a nie na odwrót?

Mark Gencev: Zarówno VA680, jak i model SX są hybrydowymi wzmacniaczami stereo z układem autobiasu (pętlą DC serwo). Końcówka pracuje w oparciu o nasze triody T1610 (DHT), w
klasie A. Driver jest tranzystorowy i także pracuje w klasie A. Stosuję układy hybrydowe, bo chcę uzyskać to, co najlepsze z każdej z technik – lampowy dźwięk z lamp i niski stosunek
sygnału do szumu z tranzystorów. I to jest przyczyna, dla której zastosowaliśmy tranzystory FET do sterowania lamp. Daje to prawdziwy, lampowy dźwięk o znacząco niższym poziomie
szumu, a także niższym przydźwięku niż w większości układów z lampami na wejściu. W VA680 mamy dwie główne zmiany. Po pierwsze, mamy tu nową płytkę drivera z tranzystorami MOSFET,
które są połączone w układzie SRPP, w świecie lampowym szeroko stosowanym. Po drugie, lampy pracują w innym miejscu krzywej (przy wyższym prądzie anodowym), w którym trioda ma niższą rezystancję wewnętrzną. W konsekwencji wzmacniacz ma
wyższy współczynnik tłumienia i szersze pasmo przenoszenia.

Eunice Kron: Twoi czytelnicy mogą być zainteresowani następującą anegdotą związaną z układami hybrydowymi. Kiedy mój mąż po raz pierwszy podjął eksperymenty z tego typu
układem, nie znalazł dostępnej komercyjnie lampy do przedwzmacniacza, która spełniałaby jego wymagania dotyczące niskiego, czy nawet braku, mikrofonowania. Dlatego też
opracował dla KR układ hybrydowy z tranzystorami na wejściu i z lampą KR na wyjściu. Od tamtej pory nasza firma trzyma się tego rozwiązania we wszystkich wzmacniaczach i dzięki temu ich
dźwięk jest naprawdę wyjątkowy.

Jakieś plany na przyszłość, może przetwornik cyfrowoanalogowy? Jeśli chodzi o D/A, to we wzmacniaczu SXI mieliśmy płytkę przetwornika D/A. Ze względu na małe zainteresowanie rynku,
zaprzestaliśmy jej montowania. Ponieważ większość naszych klientów preferuje całkowicie lampowe układy mamy w planach zaprojektowanie nowej lampy DHT (bezpośrednio żarzonej
triody) dla sekcji przedwzmacniacza i chcemy zaproponować urządzenie od początku do końca lampowe, oparte wyłącznie na lampach naszej produkcji, włączając w to lampy w prostowniku
napięcia.

ODSŁUCH

Płyty użyte do odsłuchu (wybór)

L’Amor de Lonh, Ensemple Gilles Binchois, Dominique Vellard, Glossa GCD P32304, CD (2010).
Estampies & Dances Royales, Hesperion XXI, Jordi Savall, Alia Vox AV 9857, SACD/CD (2008).
Bach,
Violin Concertos, Yehudi Menuhin, EMI/Hi-Q Records HIQXRCD9, XRCD24, CD (1960/2013).
Bach, Three Sonatas For Violoncello and Harpsichord, Janos Starker, Zuzanna Ruzickova, Denon/Columbia Music Entertainment COCO-70745, “Crest 1000”, CD, (2004).
Daft Punk,
Random Access Memories, Columbia Records/Sony Music Japan SICP-3817, CD (2013).
Depeche Mode,
Soothe My Soul, Columbia Records 730682, SP CD (2013).
Depeche Mode,
Soothe My Soul, Columbia Records 730692, SP CD (2013).
Ivie Anderson,
Ivie Anderson with Duke Ellington & His Famous Orchestra, EPM 157352, “Jazz Archives No. 42”, CD (1932-1940/1991).
Jean Michel Jarre,
Essentials & Rarities, Disques Dreyfus/Sony Music 62872, 2 x CD (2011).
Johann Sebastian Bach,
Partitas, Preludes & Fugues, Glen Gould, Sony Classical SM2K 52 597, „The Glen Gould Edition”, 2 x SBM CD, (1993).
King Crimson,
Lark’s Tongues in Aspic, Atlantic/WHD
Entertainment IECP-20220/221, „40th Anniversary Series”, 2 x HQCD (1973/2012).
Komeda Quintet,
Astigmatic, Muza Polskie Nagrania /Polskie Nagrania PNCD 905, „Polish Jazz vol.5”, CD (1966/2004).
Kraftwerk,
Minimum-Maximum, Kling-Klang Produkt/EMI 3349962, 2 x SACD/CD (2005).
Led Zeppelin,
Led Zeppelin (I), Atlantic/Warner Music 826325, “mini LP”, CD (1961/1994).
Miles Davis,
In A Silent Way, Columbia/Mobile Fidelity UDSACD-2088, “Special Limited Edition, No. 1311”, SACD/CD (1969/2012).
Tommy Dorsey,
Masterpieces 15, EPM 158342, “Jazz Archives”, CD (1935-1940/1995).
Tool,
10,000 Days, Volcano Entertainment 819912, CD (2006).
Mel Tormé,
Hello, Young Lovers, Pacific Delights/Sinatra Society of Japan XQAM-1059 “Historical Recordings”, CD (2012).
Nirvana,
In Utero, Geffen GED 24536, CD (1993).

Czym jest moc w audio? Ilu odpowiadających, tyle wersji prawdy. Audio to przecież zabawa dla indywidualistów i indywidualistów przyciągająca. Mimo tego bogactwa (nadmiaru) da się jednak
wyznaczyć kilka wspólnych cech, które zostałyby w wyniku tak zadanego pytania wypunktowane. Najbardziej oczywista wiąże się z poziomem siły głosu, dokładniej – maksymalnym SPL (Sound
Preasure Level), który jesteśmy z danymi kolumnami, w danym pomieszczeniu osiągnąć. Krótko mówiąc – im większa moc, tym dalej na ulicy nas usłyszą. Druga, nieco bardziej wyrafinowana,
będzie się wiązała z kontrolą, jaką sprawuje wzmacniacz nad głośnikami i z dynamiką w skali makro. W tym przypadku sprawa się jednak komplikuje – równie ważna jak moc staje się impedancja wyjściowa, definiująca tzw. damping factor, czyli tłumienie wyjścia.

I wreszcie trzecia odpowiedź, jakiej bym się spodziewał w tego typu ankiecie, przeprowadzonej wśród odwiedzających – powiedzmy wystawę High End w Monachium – wskazywałaby
zapewne na jeszcze węższy zakres, a mianowicie na sposób, w jaki wzmacniacz kontroluje bas – im więcej mocy tym lepsza kontrola i mocniejszy bas. Także i tutaj istotną rolę odgrywa
damping factor, jednak czysta moc wydaje się najważniejsza. Wszyscy, którzy by tak odpowiedzieli mieliby rację. I jednocześnie nic z tego, co by powiedzieli nie miałoby tak naprawdę znaczenia w miejscu, w którym jesteśmy – w wysokim high endzie.
Eunice Kron i jej inżynierowie kładą mocny nacisk na zmianę z 50 na 60 W w nowym wzmacniaczu. Wydawałoby się, że to niewiele – i w świecie tranzystorów rzeczywiście tak jest. Jeśli jednak
powiążemy to z większą wydajnością prądowa, czyli lepszym zasilaniem, i zaangażujemy w to lampy, wówczas 10 W będzie dużym krokiem naprzód, tym bardziej, jeśli mówimy o triodowym
wzmacniaczu single-ended.
Jak Eunice wspomniała, miałem kiedyś u siebie poprzednią Kronzillę, która pozostawiła po sobie bardzo dobre wspomnienia. Nie miałem jej do porównania z modelem VA680, a pamięć
soniczna wydaje się ulotna. U mnie jednak to, co słyszę przekłada się na określone uczucia i wrażenia, które z kolei pamiętam doskonale. Mogę nie pamiętać ceny produktu, jego symbolu, a
nawet wyglądu, ale to, jak go odebrałem – mam doskonale zakonotowane. Jeśli uznacie, że to wystarczy, to ta informacja może być pomocna: nowy wzmacniacz jest o wiele lepszy od
Kronzilli. Nie trochę, nie ciutkę, nie tu, czy tam, ale to całościowo o bardziej wyrafinowany wzmacniacz. W czym przejawia się jego „lepszość”? Przede wszystkim w znacznie większej odczuwanej
mocy.

A moc jest dla mnie umiejętnością podtrzymania pauzy między nutami w taki sposób, żebyśmy nie mogli się jej doczekać, żeby ta mikro-przerwa wywoływała u nas ciarki na plecach. Moc
wzmacniacza ma dla mnie znaczenie i sens jedynie wtedy, kiedy każdy dźwięk ma swoje miejsce w czymś większym, nie zwracając na siebie uwagi, tworząc większą całość. Moc jest dla mnie równoważna z umiejętnością opowiadania wciągającej historii. Najważniejszą cechą nowego wzmacniacza z czeskiej Pragi jest właśnie to – muzyka zawisa między głośnikami, gęsty, głęboki dźwięk wypełnia szczelnie tę przestrzeń, a kiedy trzeba pojawia się wokół nas. Jak z burzą z utworu
10,000 Days (Wings Pt 2) grupy Tool. Oglądając w czasie jego trwania stereoskopowe obrazki zamieszczone w książeczce (częścią pudełka są okulary do stereoskopii) czułem się wewnątrz tego ciemnego obszaru, w ciemnym zakątku mózgu lidera grupy.

Ale nie od Toola zacząłem ten odsłuch. Płyty z nagraniami z lat 30. i wczesnych 40., jak Tommy Dorsey, Masterpieces 15, wydana w ramach serii „Jazz Masterpieces Archives” przez francuską wytwórnię Epm (Editions Phonographiques et Musicales), czy Ivie  Anderson z tej samej wytwórni, ale z serii „Jazz Archives” (No 42), obydwie zremasterowane przy użyciu systemu CEDAR, potrafią zagrać olśniewająco. Nie dlatego, że mają wyrównane pasmo przenoszenia, wysoką dynamikę, że mają trójwymiarowe bryły – tego w nich nie ma i nie będzie. Nie pomylimy się mówiąc, że brzmią dość ciemno i że są stłumione. Skopiowane z płyt szelakowych, poddane remasteringowi nie mogą brzmieć dużo lepiej. Ale to, co otrzymujemy, dla każdego melomana, miłośnika muzyki – nieważne jak się nazwiemy – jest cudowne (jest cudem). Szczególnie z takim wzmacniaczem jak VA680, który wcale nie jest neutralnym urządzeniem, ma swoje narowy i po swojemu tłumaczy świat dostępny z nagrań, ale który fantastycznie wykonuje podstawową robotę, której oczekuję od produktu audio: włącza mnie w ich świat. Odtwarzając stare, monofoniczne nagrania dostaniemy duży wolumen dźwięku i nasyconą scenę. Coś takiego potrafią najlepsze wzmacniacze tranzystorowe i duża część wysokiej klasy lampowych, jednak część z nich nadmiernie powiększa źródła pozorne. Puszczona z nimi wiolonczela solo, chociażby z dokonanego w domu Janosa Starkera nagrania Three Sonatas For Violoncello and Harpsichord J.S. Bacha, czy fortepian Glena Goulda są zbyt ofensywne, zbyt „obszerne”. Może się to podobać, to taki „bebechowy” dźwięk, w dłuższej perspektywie jest jednak męczący i monotonny. Nowy wzmacniacz KR Audio ładnie różnicuje wielkości instrumentów, pokazuje różnice między nagraniami ilustrujące wybrane techniki nagraniowe i mikrofony – to wszystko jest klarowne, choć nie zwraca na siebie uwagi. Nagrania z muzyką dawną, np. „Estampies & Dances Royales” nagrane przez Hesperion XXI i Jordiego Savalla, albo L’Amor de Lonh w wykonaniu Ensemble Gilles Binchois brzmią niezwykle dynamicznie, czysto i gładko. Gładkość jest tu wyjątkowa i wynika nie z braku mikroinformacji, to łatwo osiągnąć, ale z wypełnienia nimi przestrzeni. Doskonale ilustruje to coś, co powiedział mi Ken Ishiguro, właściciel firmy Acoustic Revive, a mianowicie, że większa rozdzielczość w audio jest tym samym, co w wideo – przechodząc z obrazu 1K na 4K dostajemy znacznie gładszy obraz, a nie po prostu wyraźniejszy. Nowa Kronzilla brzmi, jakby to był projektor 4K. Nie jest hiperdetaliczna, jednak buduje wiarygodny, wciągający w głąb muzyki, przekaz.

Najważniejszą sprawę już więc omówiliśmy – duża moc i dobra wydajność prądowa powodują, że dźwięk dowolnej płyty granej z VA680 ma dobre proporcje, jest świetnie wewnętrznie
„trzymany”, skupiony. Ważne jest jednak również to, w jaki sposób budowany jest ów świat. Pod tym względem testowany wzmacniacz nie zachowuje się jak typowy wzmacniacz lampowy
czy tranzystorowy. Ogólny charakter tego dźwięku jest raczej miękki i informacja o bardzo niskim tłumieniu wyjścia (damping factor = 3) szybko się potwierdza. Nie ma konturowych krawędzi instrumentów, ale i cienia chrapliwości. To zrelaksowany dźwięk, otwarty, z punktem ciężkości barwy ustawionym na kilkuset Hz. Można by więc powiedzieć, że VA680 gra jak klasyczny wzmacniacz lampowy. Z drugiej jednak strony jego rozdzielczość jest znacznie lepsza niż większości tego typu urządzeń, zbliżona do tego, co pokazują najlepsze wzmacniacze pracujące z lampami 300B. W przekazie nic nie dominuje, otrzymujemy niewymuszony obraz tego, co jest na scenie, podany z rozmachem i swobodą. Wysokie tony są prezentowane w wyjątkowy sposób – z jednej strony są dokładne i dźwięczne, nie ma mowy o ich rozmyciu, a z drugiej nie podkreśla się ataku blach, trąbki, nawet ostro nagranych gitar, jak z płyty
In Utero Nirvany. Emanuje z tego dźwięku wewnętrzny spokój, spokój kogoś, kto wie, że ma siłę i nie musi tego udowadniać; to siła „potencjalna”, napędzająca wszystko znacznie lepiej niż „kinetyczna”, czyli już w ruchu, sprawiająca WRAŻENIE siły.

Wspomniałem o podkreślonym zakresie kilkuset Hz. To jednoznaczna modyfikacja i słyszałem to zarówno z Harbethami M40.1, jak i Raidho D-1, a nawet z edycją Anniversary kolumn Castle Richmond. Choć, prawdę mówiąc, im mniejsze były kolumny, tym lepiej to się z nimi komponowało. Słuchając nowej Kronzilli z dużymi paczkami, z dużymi przetwornikami niskotonowymi będziemy musieli odpowiedzieć sobie na pytanie, czy jesteśmy w stanie to zaakceptować w imię wszystkiego, o czym powyżej napisałem. Mówimy oczywiście o high-endzie i modyfikacja ta jest czymś drugorzędnym, nie jest być albo nie być, a czymś, co musimy rozsądzić naszym smakiem. Takie ukształtowanie brzmienia wymusza jednak, jak mi się wydaje, selekcję materiału, z jakiego będziemy najczęściej korzystali.

Nie ma czegoś takiego, jak „wzmacniacz do rocka”, czy „kolumny do klasyki”. Produkt audio powinien być na tyle neutralny, aby równie dobrze odtworzyć każdy rodzaj muzyki. Rzeczywistość jest jednak inna – z pewnymi produktami lepiej słucha się takiej, a nie innej muzyki. Wzmacniacz VA680 ma wysoką moc wyjściową, brzmi w otwarty, niewymuszony sposób i cokolwiek podamy mu na wejście zostanie wzmocnione z równą gracją. Im dłużej jednak słuchałem płyt za jego pomocą, tym bardziej skłaniałem się do pewnych grup, zauważyłem, że wybieram płyty z takich, a nie innych półek. Najpiękniej zagrały nagrania z klasyką, najlepiej z niewielkimi składami. A więc wszystko, co w poradniku 1001 Classical Recordings You Must Hear Before You Die Matthewa Rye’a i Stevena Isserlisa (Universe 2008) znajduje się w rozdziale Pre-1700. Wspomniałem o kilku przykładach, ale niebywale wręcz zabrzmiały też nagrania w wykonaniu Anonymus 4, z którymi akustyka, fizyczne rozmiary kościołów, w których dokonano nagrań była imponująca. Miałem dobrą selektywność, świetne różnicowanie barwowe i dobre obrazowanie. Mocniejszy wyższy bas przydawał wszystkiemu wiarygodności, pozwalał na pokazanie nasyconego dźwięku i nie pozostawiał śladu swojego pochodzenia z nieprawego łoża „modyfikacji”. Podobnie zagrały też i płyty jazzowe, np. pochodząca z 1965 roku, wydana w ramach serii „Polish Jazz”, płyta Komeda Quintet (z Tomaszem Stańko na trąbce) pt. Astigmatic, z którą dynamika była wyjątkowa, podobnie jak namacalność dźwięków. Zespół miał dobre proporcje, ładnie zaznaczoną głębię. Faktury nie były specjalnie widoczne i słychać było, że selektywność urządzenia nie jest najwyższa, że płaci się w ten sposób za naturalną miękkość dźwięku. Im bliżej rocka, tym mniej było wybranych przeze mnie płyt. Choć, będąc przy elektronice, np. najnowszej płycie duetu Daft Punk Random Access Memories, przy Essentials & Rarities Jarre’a (z naciskiem na Rarities) świetnie się bawiłem. Nie do końca trzymany w ryzach niski bas nie dokuczał, bo nie był wyciągany na wierzch. Słychać było, że brakuje mu dostojnej naturalności końcówki Soulution 710. Ale brzmiał równie dobrze, jak z integrą Soulution 530, co było sporym zaskoczeniem. I dopiero Nirvana, Tool w ostrzejszych fragmentach, Megadeth, Vader, Accept z nowej płyty Stalingrad – to było coś, z czego zrezygnowałem dość szybko.

Podsumowanie
Wagę produktu można poznać po tym, jak łatwo/trudno nam się z nim rozstaje. Podobnie jest z tym, o czym pisałem powyżej: ważne jest to, jak zmiany wprowadzane do sygnału przez dany produkt – a wprowadza je każdy – przekładają się na nasze wybory. W skrócie: czy mimo to chcemy spędzać czas siedząc przed kolumnami.
KR Audio Kronzilla VA680 należy do grupy urządzeń, które przykuwają do fotela/kanapy/krzesła. Bez nachalności, nie do razu, ale po jakimś czasie spędzonym z nią zaczynamy się odprężać i skupiać na muzyce. Jej dźwięk jest z jednej strony miękki i plastyczny, a z drugiej świetnie wewnętrznie kontrolowany. Bas jest duży i mocny, ma świetnie różnicowaną barwę. Bardzo nisko nie schodzi, poniżej jakiś 40 Hz łagodnie opada, jednak najniższa struna gitary basowej i kontrabasu wybrzmiewała całkiem solidnie. W nagraniach z instrumentami elektronicznymi słychać to jako nie do końca osadzone na fundamencie brzmienie. Nie miałem z tym problemu, ale duża część wzmacniaczy tranzystorowych z tego przedziału cenowego robi to lepiej. Kiedy jednak przychodzi do nagrań akustycznych, jak np. na płycie Jordiego Savalla, gdzie uderza duży, ustawiony na boku, obciągnięty skórą bęben, jego brzmienie jest bardzo naturalne. Zachowana jest też dynamika w skali makro i mikro. Choć ta ostatnia we wzmacniaczach opartych na lampach 300B jest lepsza. To, co chciałbym powiedzieć przede wszystkim da się jednak streścić w kilku słowach: to wzmacniacz, który gra w naturalny,
niewymuszony sposób, o jakim większość ludzi wiedzących, czego chce marzy skrycie po nocach. VA680 nie zrobi wszystkiego idealnie, głównie dlatego, że ma niskie tłumienie wyjścia, w związku z czym jego dźwięk będzie modyfikowany przez przebieg impedancji kolumn. Podłączmy jednak do niego coś w rodzaju Harbethów, Spendorów, czy właśnie Raidho i otrzymamy dźwięk, z którym łatwo przeżyje się wiele lat, wydając pieniądze na kolejne nagrania.