TEST – KRONZILLA SXI

WZMACNIACZ ZINTEGROWANY KR AUDIO KRONZILLA SXI-S
WOJCIECH PACUŁA

Ze wzmacniaczami czeskiej firmy KR Audio noszę się od dawna i ciągle coś staje na przeszkodzie, żeby ten związek skonsumować. Słyszałem je wiele razy podczas odsłuchów i wystaw, a ponadto odbyłem kilkanaście rozmów z prowadzącą firmę, niesamowitą Eunice Kron, szczęśliwy finał gdzieś się jednak odsuwał. Do testu otrzymaliśmy bowiem wzmacniacz zintegrowany Kronzilla SXI-S w wersji z rozdzielanym przedwzmacniaczem i końcówką mocy. To piekielnie ciężka (50 kg) bryła żelaza, z potężnymi, ale to potężniastymi lampami T-1610 w roli wzmacniacza końcowego. Najlepiej byłoby zresztą powiedzieć, że jest to wzmacniacz hybrydowy, ponieważ sterowaniem tych monstrów zajmują się półprzewodniki. To odwrotność tego, do czego się przyzwyczailiśmy, bo jeśli już, to częściej lampy sterują tranzystorami. Jednocześnie chciałbym jednak przypomnieć, że z takim konceptem spotkaliśmy się już w „High Fidelity” wcześniej w postaci znakomitego wzmacniacza AI-45 MkII polskiej firmy Linear Audio Research. I efekt był bardzo dobry. W każdym razie, pierwsze, co – tuż po naderwanym kręgosłupie – zauważymy, kiedy urządzenie wyląduje na naszej półce, a ta, w jakiś sposób nadnaturalny sposób się pod nim nie zarwie, to właśnie lampy Widziałem je wcześniej wielokrotnie, ale dopiero, kiedy wzmacniacz znalazł się u mnie w domu, doceniłem trud włożony w ich zaprojektowanie i wyprodukowanie. Raz zobaczone, będą wyznacznikiem, tego, co w świecie lampowym możliwe, na długo…

Są bowiem ogromne. Takie rozmiary baniek występują w przyrodzie, i owszem, ale dotychczas były zarezerwowane wyłącznie do starszych układów, gdzie pracowały jako lampy nadawcze nadajników dużej mocy oraz w urządzeniach radarowych ZSRR. W układach audio są jednak niemal niespotykane, ponieważ przystosowanie takiego monstrum do pracy z sygnałami audio jest dość problematyczna. KR Audio podeszłą do tego problemu kompleksowo – skoro istnieje taka potrzeba, należy stworzyć nowy byt. I tak powstała trioda T-1610. Co ciekawe, jest to trioda bezpośrednio żarzona – od spodu, pod potężnym, wykonanym ze złoconego mosiądzu cokołem, mamy wejścia na trzy elementy wzmacniające (anoda, katoda i siatka sterująca) oraz jeden pin (piny mają średnicę równą średnicy małego „paluszka” AAA) dla zasilania (5 V, 3,8 A). Podobnie zbudowana jest lampa 300B. A przywołuję to podobieństwo nieprzypadkowo. Jeśli przyjrzymy się światowi lampowego audio okaże się, że znajdziemy w nim ponadwymiarowe lampy wzmacniające, triody 211 i 845. Stosowane w najdroższych produktach pozwalają oddać dużą moc z układu SET. Wiem, że wielu użytkowników tych wzmacniaczy jest absolutnie z nich zadowolonych i ceni szybkość, dynamikę, a nawet mocne, białe światło, jakie emitują. Proszę tego nie brać do siebie, to jedynie moje zdanie, ale żaden ze wzmacniaczy na tego typu lampach nie „przemówił” do mnie, do mojego serca. Ich dźwięk zawsze wydawał mi się nieco zbyt analityczny i kliniczny. Pewnie się mylę, zapewne są wzmacniacze z takimi lampami, które grają ciepło i przyjemnie, jednak najlepsze, rasowe hi-endowe wzmacniacze, jakie słyszałem, oparte były o lampy 300B. Nie jestem dogmatykiem, nie ma dla mnie większego znaczenia, co wzmacnia sygnał, byleby to robiło dobrze, ale dotychczasowe doświadczenia nieco zdystansowały mnie zarówno do 211, jak i 845. Dlatego, choć bardzo, bardzo chciałem usłyszeć Kronzillę, gdzieś na dnie duszy obawiałem się powielenia tej tendencji, a nawet jej wzmocnienia – ostatecznie to największa lampa, jaką w życiu słyszałem.

Niezależnie od tego, jak się to skończyło, powiedzmy jeszcze, że Kronzilla SXI-S to wzmacniacz zintegrowany, z pasywnym przedwzmacniaczem, sekcją wejściową i sterującą opartą o pracujące w klasie A tranzystory FET i końcówkę na triodach mocy T-1610, produkowanymi przez KR Audio w Czechach. Cały wzmacniacz jest zresztą produkowany właśnie tam. Z lamp wyciśnięto naprawdę dużo, ponieważ możemy się spodziewać 50 W, przy zniekształceniach maksymalnych 3%. Testowana odmiana wzmacniacza została wyposażona w wejście na końcówkę mocy oraz wyjście z przedwzmacniacza, co podniosłą cenę urządzenia o 1000 zł.

ODSŁUCH

Dźwięk tego czeskiego wzmacniacza ma dwie cechy, które w tak wyrafinowanej formie nigdy jeszcze u mnie nie wystąpiły: barwy średnicy i góry oraz naturalną scenę dźwiękową. To dla mnie ważna informacja, ponieważ używany przeze mnie system złożony z przedwzmacniacza RS-28CX Lebena oraz końcówki mocy M-800A Luxmana jest w tej dziedzinie wybitny i, jak za te pieniądze, przynosi poziom dźwięku trudno w inny sposób osiągalny. Tylko kilka razy miałem możliwość uczestniczyć w odsłuchach, które by w jakiś wyraźny sposób, bez dopatrywania się drobnych zmian, a po prostu od startu, wykazały się lepszym „pakietem” zalet niż moja amplifikacja. A jednak słyszałem. Po raz pierwszy, od czasów systemu Krella EVO 222 + EVO 402 znalazłem też w dźwięku testowanego wzmacniacza coś, co mnie poruszyło na tyle, że zmodyfikowałem lekko swoje oczekiwania wobec mojego domowego systemu. To znaczy je podwyższyło. To symptomatyczne, że w kontekście Kronzilli, tego ultra-purystycznego, pracującego w klasie A, w reżimie SET wzmacniacza przywołuję Krella – system w pełni tranzystorowy, będący zresztą synonimem półprzewodnikowego świata hi-end. I niezależnie od tego, jak nieprzystająco może dla wielu brzmieć zestawienie słów: ‘hi-end’ oraz ‘tranzystor’, to jednak z czymś takim miałem do czynienia. Rzeczą, którą z Krellem usłyszałem, a która na długo mi zapadła w pamięć, był bas – genialnie kontrolowany, perfekcyjnie prowadzony, po prostu taki, z jakim miałem do czynienia chyba jeszcze tylko raz w życiu, przy okazji projektu Wing Ancient Audio (relacja TUTAJ). Reszta aspektów brzmienia też była wybitna, jednak to ten element, wraz z rysowaną w niewiarygodny sposób przestrzenią pozwolił mi inaczej spojrzeć na tranzystory. Kronzilla dała mi tyle samo przyjemności, jednak z dokładnie drugiej strony spektrum – od strony średnicy i góry. Nie chciałbym, żeby zabrzmiało to dogmatycznie – jestem daleki od ideologicznego stawiania sprawy – i nie jest to jakiś ostateczny głos w dyskusji ‘tranzystor kontra lampa’, jednak coś w tym jest. Czyli cud sam w sobie, światłość bez skazy? Nie. Po prostu. Za wszystko trzeba bowiem płacić. W tym przypadku jednak każda wydana na ten cel złotówka, pod warunkiem, że zaaprobujemy ograniczenia wzmacniacza, zwróci się stukrotnie.

Zacząłem opis od dwóch elementów: barwy i przestrzeni, ponieważ to one są tutaj „lokomotywą”. Sposób budowania obrazu,, informacja o tonach, półtonach, półcieniach właściwie czy odcieniach jest tutaj wybitny. Bez względu na to, z jaką techniką mamy do czynienia. To hi-end w najczystszej postaci. Głosy wokalistów: Duke’a Ellingtona z płyty Louis Armstrong&Duke Ellington The Great Summit – The Master Takes (Roulette Jazz/EMI, 24547, 2xCD) i Carmen McRea (Carmen McRae&Juliet London, Bethlehem/JVC, VICJ-61458, k2 HD, CD), saksofony: Sonny’ego Rollinsa z Way Out West(Contemporary Records/JVC, XRCD), trąbki: Milesa Davisa z płyty The Complete Birth Of The Cool (Capitol/EMI, 94550, CD), a ponad wszystko fortepian: z płyty Pasodoble Larsa Danielssona&Leszka Możdżera (ACT, 9458-2, CD; ) i Billa Evansa z płyty Bill Evans&Jim Hall Intermodulation (Verve/Universal Music Japan, UCCV-9342, CD) – czyli wszystko to, co operuje w średnicy i ponad nią – miały wprost „magiczną” barwę. Pełną, nasyconą, wysyconą, bogatą w drobne niuanse itp. I to nie chodzi o jarmarczne sztuczki, „magię” rodem z cyrku czy odpustu. Tam chodzi przede wszystkim o oszukanie widza, o takie zmanipulowanie nim, aby miał przez chwilę radochę. Tego się zresztą spodziewamy idąc do parku rozrywki. Magia Kronzilli jest po prostu z innej bajki. Dosłownie. To magia „pełną gębą”, że tak powiem, w której nawet jeśli ktoś rzuca urok, to nie na chwilę i robi to na prawdę. Jak z tym wzmacniaczem. Przywołałem od razu tak dużą ilość płyt, ponieważ chciałem w ten sposób wskazać na to, że czeski wzmacniacz zachowuje zalety o których mówimy w szerokim spektrum repertuarowym, czasowym itp. Dorzucam do tego Zoolook J.M. Jarre’a (Dreyfus/Sony Music, EPC 488140 2, CD) oraz singiel World in My Eyes Depeche Mode (Mute, CD Bong 20 SP CD) i ciągle mówimy o tym samym. Barwa środka i w dużej mierze góry jest bowiem gęsta, pełna, gładka. Wyższa góra jest równie gładka, ale też i lekko zaokrąglona. Niebywałe, ale w żadnej mierze to nie przeszkadza. Obydwa te elementy połączone są bowiem zapierającą dech w piersiach sceną dźwiękową.

Ta ostatnia nie jest jakoś szczelnie głęboka czy też ponadnormatywnie szeroka, tu nie chodzi chyba o epatowanie rozmiarami (przepraszam wszystkich Panów…), a o to, że planowanie miejsca na scenie „dzieje się” w tym przypadku samoistnie. To jedna z bardziej naturalnych scen dźwiękowych, jakie słyszałem. Proszę zwrócić uwagę, że nie mówię o ‘najbardziej precyzyjnej’, ani też o ‘najdokładniejszej’ scenie, bo to nie o to w Kronzilli chodzi. Te dwa ostatnie określenia pochodzą zresztą z testu Krella. Na połączenie tych dwóch rzeczy trzeba będzie jeszcze poczekać do top hi-endu, a ten wzmacniacz to ostatecznie nie najdroższe urządzenie na rynku. W każdym razie, scena dźwiękowa jest niebywale plastyczna i „przestrzenna” w bardzo naturalny sposób. Tak rysowanych wydarzeń (bo nie chodzi o same instrumenty, o czym za chwilę) jeszcze u siebie nie słyszałem. Nagle wszystkie płyty jazzowe z lat 50. i 60. nabrały oddechu i wiarygodności. Jeślibym słuchał wyłącznie tego typu muzyki, postawiłbym czeski wzmacniacz na piedestale i modlił się do niego co wieczór, wpatrując się w jarzące się lampy… A chodzi, jak wspomniałem, o wiarygodność. Słuchając kolejnych płyt było bowiem tak, jakby nasz mózg (w tym przypadku mój) nie musiał się tak męczyć jak z innymi urządzeniami. Nie myślę tu przy tym o jasności czy jaskrawości, a o tym, że dostajemy tu pełną informację, od razu uporządkowaną, niewymagającą żmudnego dopasowywania poszczególnych elementów. Często jest tak, że choć różne systemy wydają się poprawne, na dłuższą metę są męczące. Z Kronzillą nie zmęczymy się nigdy. Nie trzeba nią kalkulować, ani niczego porządkować. Wszystko mamy jak na tacy.

Jak wspomniałem, wzmacniacz ten jest po drugiej stronie spektrum co Krell. Mój system lokuje się zaś pośrodku. To ten sam poziom jakościowy, jednak jakże odmienny dźwięk! Słuchając tych trzech urządzeń po kolei można sobie wyrobić opinię na temat tego, co jest możliwe i wreszcie skończyć z głupim i szkodliwym wartościowaniem urządzeń na podstawie mechanicznych podziałów. Rozróżniać między ‘dobrym’ i ‘złym’ oczywiście trzeba, jednak jeśli sprawa jest jasna i wiemy że mamy do czynienia z ‘dobrym’, trzeba się powstrzymać przed pochopnymi decyzjami, bo można sobie, albo komuś zrobić krzywdę. Słuchając Kronzilli z Dobermannami Harpii Acoustics, które rezydują u mnie jako kolumny odniesienia, zapomniałem na jakiś czas, że miałem do nich jakiekolwiek zastrzeżenia związane ze sposobem prowadzenia wyższej średnicy. Ponieważ wiem, czego szukać, wciąż, gdzieś na dnie słyszałem lekkie podniesienie tej części pasma. A jednak dźwięk był wyborny – płynny i gładki, jak nigdy dotąd. Jeśli pamiętają Państwo nasze dyskusje dotyczące tego, co jest w audio „prawdą” (np. w ramach KTS o płytach K2 HD), albo wstępniak z lipca, pewnie wiedzą Państwo, że moim zdaniem system powinien być maksymalnie przezroczysty i nie kreować czegokolwiek samemu. Wolę dokładniej, a przez to wierniej, ponieważ, moim zdaniem, kreowanie tego, co słyszymy powinno się zacząć i zakończyć na etapie nagrania oraz masteringu. Audiofilizm to przecież sposób na maksymalnie najwierniejsze oddanie tego, co jest na płycie… Niezależnie od tego, jak tę sprawę postawimy Kronzilla wymusiła na mnie kolejny dylemat: czy lepiej grać z tego typu lampą i kolumnami w rodzaju Dobermannów, czy odwrotnie – z moim systemem opartym o Lebena i Luxmana oraz z kolumnami Sound&Line, o których pisałem we wspomnianym wstępniaku. I nie mam na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że wiem to dokładnie – moja elektronika i nowe kolumny. Teraz już nie jestem tego taki pewien.

Kronzilla jest bowiem urządzeniem, które daje niesłychanie dużo frajdy ze słuchania i jednocześnie pobudza do refleksji, na część pytań odpowiada, ale też stawia nowe. Gra w niesłychanie plastyczny, trochę „miękki”, ale w dobrym tego słowa znaczeniu, sposób. Jego interpretacja takich płyt, jak referencyjny remaster Winstona Ma nagrań Happy Coat Shota Osabe Piano Trio (Sho Studio of Music/Furst Impression Music, LIM K2HD 031, CD) jest powalająca. Jeślibym miał wskazać na zakres w jakiś sposób narzucający całości charakter, to byłaby to – jakże nietrudno to zgadnąć! – średnica. W 90% płyt dostaniemy w ten sposób same zalety. Czasem tylko może tego „dobra” być za dużo, nawet z tak precyzyjnymi kolumnami, jak Dobermanny – tak było np. z przepiękną, fantastycznie nagraną płytą The Rosary Sonatas Bibera (Harmonia Mundi, 907321.22, 2xCD; ), czy ze źle nagraną, ale znakomitą muzycznie, przywoływaną już płytą Intermodulation Billa Evansa. Skrzypce z Sonat miały bowiem nieco zbyt „drewniany” dźwięk, miały trochę zbyt dużo niższej średnicy, przez co wypadały w nieco ciepły i bliski sposób. Ten ostatni parametr, więc wolumen dźwięku, można zresztą regulować. Kronzilla to wzmacniacz mocy z pasywnym przedwzmacniaczem i tak się też zachowuje. Od pewnego momentu, gdzieś od połowy skali, głośność przestaje przyrastać w jakiś zauważalny i znaczący sposób, a powiększamy po prostu dźwięk. Także fortepian Evansa do poprawnego odtworzenia wymaga takiej właśnie barwy, jednak z lepszą rozdzielczością niższej średnicy. Czeski wzmacniacz zagrał to ładnie, ale wiem, że da się lepiej.

Ale, jak wspomniałem, to tylko jedna z interpretacji tego, co nazywamy „dźwiękiem absolutnym”. Kronzilla ma bowiem znacznie słabiej prowadzony bas niż się do tego przyzwyczaiłem, co mi w dłuższej perspektywie nieco przeszkadzało. Zakres ten jest pokazywany raczej jako większa plama dźwięku, bez tak wyraźnego rysunku i konturów, jak z Luxmana, o Krellu nie wspominając. Nie razi to, bo nie ma go dużo i średni oraz wyższy zakres są piękne, ale słychać. Ponieważ, jak mówię, począwszy od średniego basu mamy fenomenalną barwę, trudno ten element od razu zauważyć. Ponadto, jeśli mamy do czynienia z długimi, podtrzymywanymi dźwiękami, czy to jak z płyty Jarre’a, czy też jak ze SpiritchaserDead Can Dance z nowego remasteru Mobile Fidelity (4AD/Warner Music Japan, WPCB-10078, SACD/CD), dostaniemy całkiem mocną i nasyconą podstawę. Kiedy jednak idzie o szybsze granie, jak gitary basowej czy nawet niżej granego kontrabasu, tam jest gorzej. Przynajmniej z kolumnami w rodzaju Doberannów. To właściwie dość proste obciążenie, jeśli chodzi o niskie dźwięki, ponieważ impedancję utrzymano dość płasko na poziomie 6 Ω. Kronzilla może być fabrycznie ustawiona na odczepy 4 lub 8-omowe. Testowany egzemplarz ustawiono na 4 Ω i było to optymalne dla tych kolumn. A jednak nawet 50 W w tej mierze nie wystarczyło. Myślę, że nie bez znaczenia jest bardzo niski współczynnik tłumienia (damping factor), wynoszący tutaj jedynie 2,8. Ponieważ jednak ta czeska firma na wszelkich wystawach pokazuje się z kolumnami tubowymi, posłuchałem wzmacniacza także z takim typem kolumny – modelem Uno Picco Avantgarde Acoustic. I rzeczywiście – dynamika, u mnie raczej uspokojona i czasem uśredniona, była znacząco lepsza. Także bas się zmienił, ale to akurat normalne, ponieważ w kolumnach tych mamy aktywny moduł basowy. Równocześnie jednak zabrakło mi nieco rozdzielczości, którą miałem w moim systemie. Kronzilla nie jest bowiem najbardziej rozdzielczym urządzeniem, jakie można spotkać. To jest jedna z cech, która musi być zweryfikowana przed zakupem. O ile chodzi o relacje między instrumentami itp., jest genialnie. W ramach poszczególnych instrumentów faktura, rysunek i definicja, są jednak nieco uśredniane. Jak wspomniałem, nie przeszkadza to klęczeć z kolejnymi płytami w wyciągniętych dłoniach, jest jednak elementem, który nie wszystkich do siebie przekona.

Niezależnie od wszystkiego, trzeba powiedzieć, że to fantastyczne urządzenie. W ramach swoich ograniczeń. Ponieważ jednak każde urządzenie takowe ma, trzeba po prostu sprawdzić, czy zestaw cech, jakie prezentuje jest tym, o którym myślimy i marzymy. Jeśli tak, to jesteśmy w muzycznym raju i już nie będziemy chcieli z niego wyjść. Dla mnie osobiście jest to rzeczywiście raj, ale trochę taki nie do końca, taki z „ale” gdzieś pod pachą. Nie znam jednak odpowiednika Kronzilli w tej cenie, który łączyłby wszystkie te elementy, o które walczę, w jedną całość. I tyle. Reszta to jedynie muzyka…

BUDOWA

Kronzilla SXI-S to hybrydowy wzmacniacz zintegrowany. Inaczej niż zazwyczaj, tutaj na wejściu pracują półprzewodniki, zaś w sekcji prądowej lampy. Te ostatnie to produkowane samodzielnie przez KR Audio, potężne triody mocy T-1610. Pozwalają one na oddanie do 50 W mocy w klasie A single-ended. To one pierwsze przykuwają wzrok. Kiedy jednak trzeba przenieść urządzenie, wówczas mamy lampki, ale w oczach. To niewielkie chassis waży bowiem aż 50 kg. Samo chassis ma bardzo niski profil. Jego front to lakierowana na czarny kolor nierdzewna stal. Górę wykonano z polerowanej stali, pod którą umieszczono grubą na 3 mm blachę z czernionej stali, zaś boki z elementów przypominających radiator. W tym przypadku poziome „pióra” służą jednak przede wszystkim usztywnieniu całości, inaczej urządzenie mogłoby się przełamać. Takie same radiatory przykręcono do górnych ścianek puszek ekranujących transformatory wyjściowe. Także one się nie grzeją, więc zapewne chodziło o redukcję drgań. Grzeje się, i to naprawdę mocno, ostatni, patrząc od frontu, element konstrukcji, puszka ekranująca zasilanie. To tam umieszczono bowiem cały zasilacz, składający się z bardzo dużego, umieszczonego pionowo, transformatora toroidalnego i jeszcze większego dławika dla napięcia anodowego lamp końcowych. Z trafa wychodzą też osobne uzwojenia dla układów półprzewodnikowych oraz dla żarzenia lamp (5 V, 3,8 A). Nie dokończyłem jednak opisu wzmacniacza. Z przodu mamy niewielką gałkę siły głosu z czerwoną diodą, wskazującą położenie ślizgacza potencjometru oraz pięć niewielkich guziczków, reagujących na dotyk. Jednym włączamy sieć, a czterema wybieramy wejście. Napięcie anodowe jest podawane nie od razu, a dopiero kiedy dioda nad wyłącznikiem zmieni kolor z czerwonego na zielony. Z tyłu mamy cztery wejścia linowe na ładnych gniazdach RCA oraz spięte złoconymi zworami wyjście z przedwzmacniacza i wejście na końcówkę. O element dodatkowy, w normalnej wersji niewystępujący. Obok umieszczono dwie pary dobrych gniazd głośnikowych WBT z serii ‘safe line’. Obok nich, pod odkręcaną klapką mamy selektor, którym wybieramy miedzy impedancją obciążenia. Fabrycznie jest ona ustawiona na 4 Ω. Skrajnie z lewej strony umieszczono mechaniczny wyłącznik napięcia i gniazdo sieciowe IEC.

Po odkręceniu dolnej ścianki okazuje się, że sygnał, po podaniu na gniazda RCA, jest przełączany w bardzo ładnych kontaktronach., po czym długim przewodem ekranowanym biegnie na przód do potencjometru ‘blue velvet’ Alpsa. Stamtąd wraca do tylnej ścianki znowu idzie na środek, do płytki drukowanej. Daje to jakiś 1 m, albo i więcej interkonektu. Warto więc wypróbować wersję bez tego łącza. Szkoda też, że nie udało się potencjometru umieścić bezpośrednio na płytce, ponieważ pozwoliłoby to zlikwidować jakieś 0,5 m kabla. Na płytce drukowanej zmontowano bardzo prosty układ wzmocnienia – na wejściu pracują dwa tranzystory małej mocy, zaś w sterowaniu lampą końcową większy tranzystor średniej mocy typu FET. Układ jest naprawdę prosty, a większość płytki zajmują układy zasilające. Stabilizatory dla żarzenia lamp końcowych zmontowano na małych płytkach z elementami stabilizującymi oraz bardzo dużymi prostownikami przykręconymi do bocznych ścianek. Na coś te „pióra” widoczne na zewnątrz się jednak przydają… Osobną płytkę zajmuje układ standby oraz sekcja automatycznej kontroli biasu. Lampy końcowe są bowiem stale monitorowane, a prąd podkładu jest na bieżąco modyfikowany. Układ jest bardzo prosty, ale ładnie wykonany. Aha – tranzystor sterujący z lampą końcową sprzęgnięty jest przez duży kondensator polipropylenowy Wimy. Jak czytamy w materiałach firmowych urządzenie nie wykorzystuje sprzężenia zwrotnego w żadnym ze stopni (0 dB).

Dane techniczne (wg producenta):
Lampy wyjściowe 2 x T1610
Moc wyjściowa 2 x 50 W RMS (THD=3%)
Pasmo przenoszenia 20 Hz-20 kHz (-3 dB)
Impedancja obciążenia 4, 8 Ω (wybierane)
Napięcie wejściowe 0,75 V RMS/47 kΩ (przy 50 W na wyjściu)
Wymiary (w/h/d) 385 x 415 x 550 mm
Waga 50 kg